balcerowicz

Leszek Balcerowicz laureatem nagrody Miltona Friedmana

Ci z nas, którzy mieli na tyle szczęścia, aby żyć i dorastać w dostatecznie wolnym społeczeństwie zwykle nie doceniają jak ważna jest wolność. Mamy tendencję, aby brać ją za pewnik. To sprawiło, że my, na Zachodzie, spoczęliśmy na laurach i dlatego istnienie nagrody honorującej wolność jest niesamowicie ważne.” Tak wypowiadał się Milton Friedman, twórca monetaryzmu oraz najbardziej znany neo-klasycystyczny ekonomista, kiedy niezależny think tank CATO poprosił go o zgodę na użycie jego nazwiska, by nazwać nagrodę, która odtąd miała być co dwa lata przyznawana osobom publicznym, które działają na rzecz zwiększania wolności jednostki na świecie.

Właśnie dziś została ona przyznana Leszkowi Balcerowiczowi, czyniąc go tym samym pierwszym Polakiem wśród nagrodzonych, a także honorując jego pracę w duchu liberalnym w czasie transformacji ekonomicznej Polski oraz podczas jego prezesury w NBP w latach 1989-1991 i pracy jako minister finansów, dzięki czemu znacznie ukształtował wolnorynkową gospodarkę naszego kraju. Nagroda, na którą składa się 250 tysięcy dolarów, zostanie mu przyznana 21 maja na uroczystej gali w Nowym Jorku.

Na stronie Instytutu CATO przeczytać można, że głównymi powodami dla dokonania takiego wyboru była chęć docenienia tzw. Planu Balcerowicza, czyli szeregu reform ekonomicznych, które uformowały wolny rynek w post-socjalistycznej Polsce, a także ogół działalności Balcerowicza ukierunkowanej na edukację ekonomiczną obywateli poprzez publikację książek, a także prowadzenie fundacji Forum Obywatelskiego Rozwoju.

Jest to dobra okazja by przypomnieć sobie sylwetkę i działania Leszka Balcerowicza. Tak jak powiedział Friedman, niestety wielu ludzi dziś przyjmuje to za pewnik, że żyjemy w kapitalistycznym ustroju. Dopiero jednak gdy spojrzymy na statystyki porównujące np. Polskę z innymi krajami bloku wschodniego, doceniamy efektywność “terapii szokowej”, jaką zaaplikował zdeformowanej gospodarce Balcerowicz dwadzieścia lat temu. Widoczne jest to zwłaszcza w porównaniu z Ukrainą, na wykresie poniżej. Celem tego porównania nie jest stawianie polskiego rynku jako libertariańskiego przykładu (do tego długa droga), a jedynie ukazać jak bardzo efektywne jest wprowadzanie radykalnych, wolnorynkowych zmian, na które mimo początkowej krytyki zdecydował się Balcerowicz, w porównaniu z nieudolnymi reformami i dominacją elit, jaka zadziała się na Ukrainie.

Image

źródło : http://www.worldbank.org/

Co więc kryło się za tajemniczo brzmiącą “terapią szokową” i jak wyciąga się kraj ze szponów komunizmu? Poniżej przedstawiam, co złożyło się na sukces Planu Balcerowicza i teorię ekonomiczną, która za tym stała. Nie będziemy próbować polemiki na temat tego czy była to dobra czy zła transformacja, na ile była to zasługa Balcerowicza – tak, zapewne można to było zrobić lepiej, jak to zawsze bywa. Prawdą jest jednak, że żyjemy w kraju, gdzie możemy podejmować działalność gospodarczą, nie istnieją limity i dyrektywy produkcyjne, ceny są ustalanie tylko w małym zakresie produktowym, a inflacja jest na poziomie stabilnym. W tym artykule, chcemy jedynie dowiedzieć się, jakimi metodami sytuacja ta została osiągnięta, aby przekonać się, jak neo-liberalną polityką podniesiono Polskę z socjalistycznej doliny.

  1. uwolnienie cen żywności (1.08.1989)

W ustroju komunistycznym ceny większości produktów na rynku są odgórnie ustalane przez państwo, na poziomie, który pozwoli jak największej ilości osób na ich zakup, a nie na poziomie, który odzwierciedla rzeczywiste moce produkcyjne firm. Powstają wtedy absurdalne sytuacje, o których słyszymy z opowiadań naszych dziadków i rodziców, kiedy to w PRL-u półki sklepowe były puste, mimo że na rynku występował popyt na dane produkty. Słyszymy dziś zewsząd, że “niewidzialna ręka rynku” – czyli samoregulujący się mechanizm między popytem a podażą – nie istnieje, że potrzebna jest “widzialna ręka rządu”,  a jednak, kiedy próbuje się rozdzielić cenę od ilości zaopatrzenia, skutki są katastrofalne. Co stało się po uwolnieniu cen? W sierpniu ceny w Polsce skoczyły w górę średnio o ok. 40%. To co obywatele postrzegać mogli jako negatywną zmianę, było jednak tylko karą, którą w końcu ponieść trzeba było za lata życia w utopijnej gospodarce, która mówiła, że każdy może sobie pozwolić na wszystko, bez względu na to ile, i czy w ogóle zarabia. Spowodowało to jednak jeden z największych problemów polskiej transformacji, czyli hiperinflację.

2. jak powstrzymać inflację?

To właśnie z tym wiąże się tzw. “terapia szokowa” – radykalna sytuacja wymagała bowiem radykalnych środków. W Polsce w 1989 roku, roczna stopa inflacji wyniosła +639,6%. Inflacja jest to proces makroekonomiczny, charakteryzujący się wzrostem cen w całej gospodarce, sprawiający że siła nabywcza pieniądza spada, czyli po prostu – jeśli za 10 zł kupię dziś 3 dobra, jutro będzie mnie stać już tylko na 2. Dzieje się tak wtedy, gdy na rynku jest zbyt dużo pieniądza, a stało się to w Polsce po tym jak uwolniono także płace (wzrosły o ok. 90%) i ludzie zaczęli więcej wydawać. W obrocie było zbyt dużo pieniądza, a więc z każdym dniem był on coraz mniej wart. Jako rozwiązanie tymczasowo zamrożono płace oraz wprowadzono tzw. popiwek, czyli sankcje podatkowe w przypadku wprowadzania ponadnormatywnych wynagrodzeń. Można by polemizować, że idealnym, z libertariańskiego punktu widzenia, byłoby uwolnienie płac, umożliwienie nieopłacalnym przedsiębiorstwom upaść, dopuścić do masy zwolnień i tzw “resetu” gospodarczego. Zamrożenie płac jest jednak bronione tym, że we wrześniu 1989 nie mieliśmy jeszcze sprywatyzowanych przedsiębiorstw, które przejęły by rolę państwowych molochów i aktywowały rynek. Jednocześnie, otwierając granice kraju na handel zagraniczny, ujednolicenie ceł, a także likwidację kredytów preferencyjnych dla przedsiębiorstw państwowych, na rynku pojawiła się konkurencja. Dzięki temu państwowe monopole nie mogły dłużej wykorzystywać swojej pozycji i windować cen na niekorzyść obywateli.

3. urynkowienie kursu złotego

Wymienialność złotego na dolary była palącym problemem podczas transformacji, dlatego, że kapitał zagraniczny zaczął spływać do Polski, a otwarte granice sprawiły, że przedsiębiorcze jednostki rozpoczynały działalność importową. Trzeba zdać sobie sprawę, że w czasach PRL-u polska waluta była praktycznie niewymienialna, często nawet posiadając dolary nie było się uprawnionym do legalnej ich wymiany, a prężnie działał za to czarny rynek.  Aby utworzyć politykę walutową Polski, Plan Balcerowicza wprowadzał mechanizm zwany wewnętrzną wymienialnością złotego który ustalał wymianę na poziomie 1 dolar = 9500 złotych. Wprowadzone prawo dewizowe, które stopniowo znosiło restrykcje jakie obowiązywały wcześniej zagraniczne osoby w związku z inwestowaniem w Polsce, a także ustanowiono swobodę przesyłu zysków uzyskanych w Polsce za granicę. Aby uchronić złotówkę przed dewaluacją, Polska uzyskała od Międzynarodowego Funduszu Walutowego pakiet stabilizacyjny w wysokości 1 miliarda dolarów, aby poradzić sobie z obsługą długu polskiego wobec zagranicy, który gwałtownie narastał od czasów Gierka. Działania powiązane z postępującą wymienialnością złotego, pozwoliły na stopniową liberalizację handlu zagranicznego, harmonizacji cen krajowych i zagranicznych oraz podnoszenie stopnia monetyzacji gospodarki.

4. Narodowy Bank Polski i stopy procentowe

Wśród rozporządzeń Planu Balcerowicza znalazł się ważny punkt, który regulował polski bank centralny – zakazano mu finansowania państwowego deficytu budżetowego, a także nałożono ograniczenia na emisję bezcelową emisję pieniądza, która działałby przeciwko wszelkim reformom anty-inflacyjnym. By jeszcze bardziej powstrzymać napływ pieniądza do gospodarki, znacznie podniesiono stopy procentowe, dzięki czemu upadające przedsiębiorstwa nie mogły zwrócić się po kredyt aby utrzymywać nieopłacalną produkcję.Oprocentowanie kredytów związano ze stopą inflacji, a więc było to oprocentowanie zmienne, które sięgnęło 38-46% miesięcznie. Sprawiło to, że w ruch poszły oszczędności firm, wcześniej magazynowane “na czarną godzinę”, a zmniejszanie się rezerw prowadziło do coraz bardziej konkurencyjnych zachowań i motywowało do innowacji. To przełożyło się pozytywnie na ustabilizowanie cen na rynku w długim okresie, na rynkowe ustalenie płac a także pozwoliło na szybki rozwój prywatnych przedsiębiorstw.

***

Tak właśnie w dużym skrócie wyglądał Plan Balcerowicza. Mimo tego, iż była to pewnie jedna z najważniejszych reform politycznych XXI wieku w Polsce, niestety świadomość tego co tak właściwie zmieniała, w jaki sposób i z jakim skutkiem, jest niewielka. Pytając starszych ludzi, słyszymy, że nagle pojawiły się na ulicach stragany z towarami, co bardziej przedsiębiorcze jednostki robiły szybkie kariery, ale także, że już nie było tak spokojnie, praca nie była gwarantowana, coroczne wakacje stanęły pod znakiem zapytania, a przez likwidację monopoli, zwolniona została masa ludzi, która popadła w biedę. Z drugiej strony, Balcerowicz, mianujący się liberałem, jest oczywiście krytykowany za to, że m.in. znacznie podniósł podatki czy wprowadził zasiłki dla bezrobotnych, a także że w sumie to już reformy, które czynione były tuż przed upadkiem komunizmu, nieco uwolniły rynek, także bezpodstawnie to jemu przypisywany jest sukces transformacji.

Myślę, że klucz leży w próbie obiektywnego spojrzenia na sytuację, przede wszystkim rozliczając efekty, jakie dały podjęte działania – taka zapewne była logika jury z Instytutu CATO. Jest faktem, że spośród krajów, które wyzwoliły się spod wpływu socjalizmu w latach 90., to właśnie Polska gospodarka  była jedną z najszybciej, ale też najgwałtowniej odrodzonych. Dodatkowo, pamiętać trzeba, że Balcerowicz był w dużej mierze pionierem w próbie zaplanowania reformy odtworzenia zdrowych mechanizmów rynkowych po latach deformacji gospodarczej – musiał on  w dużej mierze musiał ufać intuicji i wsparciu doradców amerykańskich. Zważenie dowodów daje najlepszą odpowiedź – patrząc na Ukrainę czy Białoruś wiemy, że mogło być dziś o wiele gorzej. Czynniki takie jak mentalność społeczeństwa, zawirowania polityczne, wsparcie zagraniczne oczywiście także wpłynęły na całość reformy, a jednak trzeba pamiętać, że to często gospodarka warunkuje politykę, a nie inaczej.

Jako libertarian, cieszyć może jednak, że dzięki nagrodzie Friedmana, być może Polska ściągnie na siebie uwagę badaczy i popleczników walki o wolność, a debata o tym jak coraz bardziej uwalniać nasz rynek zyska na znaczeniu w mediach i wśród społeczeństwa.

 

 

 

Advertisements
Africa

4 powody, dla których Afryka potrzebuje wielkiego biznesu.

Nadszedł moment, żeby biznes zaczął grać bardziej aktywną rolę w tworzeniu prosperującej przyszłości dla Afryki, poprzez inwestycje w infrastrukturę, budowanie umiejętności i możliwości aby odblokować ludzki potencjał oraz tworzenie miejsc pracy. Naszym długofalowym celem jest tak wyposażyć Afrykę aby móc odkrywać, rozwijać i produkować lekarstwa potrzebne Afryce. ”

Takie słowa padły 31 marca z ust Sir Andrew Witty, dyrektor międzynarodowego giganta farmaceutycznego Glaxo Smith Kline, podczas 5. Forum Europa-Afryka Biznes w Brukseli. W swojej przemowie zapowiedział on serię inwestycji, jakie koncern planuje powziąć w ciągu następnych 5 lat, o łącznej wartości ok. 130 milionów funtów. Jako najważniejsze wymienił :

  • 25 milionową inwestycję w budowę pierwszego na świecie Otwartego Centrum ds. Badań i Rozwoju Chorób Niezakaźnych (R&D OpenLab for NCDs) aby zwiększyć efektywność walki z chorobami charakterystycznymi dla kontynentu afrykańskiego, jak nadciśnienie czy agresywny typ raka piersi, a także stworzyć miejsce, w którym afrykańscy badacze i lekarze będą mieli szansę rozwijać się we współpracy z naukowcami z całego świata
  • 100 milionową inwestycję w rozbudowę istniejących fabryk GSK w Nigerii i Kenii oraz budowę 5 nowych (rozważana jest Rwanda, Ghana, Etiopia), dzięki którym produkować będzie można antybiotyki,  lekarstwa przeciw HIV oraz chorobom układu oddechowego, które będą sprzedawane lokalnie; nastąpi także transfer najnowocześniejszych technologii produkcyjnych oraz program szkoleń dla afrykańskich pracowników, którzy zapełnią nowe miejsca pracy
  • wprowadzenie 25 przedstawicieli GSK na afrykańskie uniwersytety, którzy wspomogą tworzenie nowych kursów z zakresu farmacji, zdrowia publicznego, inżynierii i logistyki, by móc kształcić studentów, którzy następnie będą zarządzać nowymi fabrykami
  • podjęcie współpracy z lokalną firmą Aspen oraz urzędnikami, aby zwiększyć rejestrację lekarstw i szczepionek w swoim portfolio, a także rozwijanie nowych lekarstw dopasowanych specjalnie do potrzeb Afryki, zwłaszcza szczepionek przeciw malarii oraz fortyfikowanej żywności, by zwalczać niedożywienie wśród dzieci
  • działanie w ramach kampanii ONZ-owskiej kampanii One Million Community Health Worker Campaign, partnerując akcjom charytatywnym mających na celu wykształcenie ok 10 000 lokalnych pracowników służby zdrowia w Kenii, Ghanie i Nigerii w ciągu następnych 3 lat
  • zwiększanie dostępności leków dla afrykańskiej społeczności poprzez sprzedawanie ich po cenach nie większych niż 25% cen obowiązujących w krajach rozwiniętych, a także re-inwestowaniu 20% dochodów generowanych w krajach rozwijających się w treningi dla pracowników medycznych w Afryce i innowacje w badaniach nad najważniejszymi chorobami

Z tak poważnych planów wypływa jasny przekaz, co do orientacji największych przedsiębiorstw – kolejnymi Chinami, Indiami, Bangladeszem, będzie Afryka, a konkretniej prężnie rozwijające się kraje subsaharyjskie jak Etiopia, Ghana, Kenia czy Nigeria. Ten trend inwestycyjny można już obserwować od dłuższego czasu – potencjał afrykańskiego kontynetu, który zamieszkuje ponad 1 bilion ludzi, dostrzegły już firmy takie jak McDonald’s, KFC, Coca-Cola, Domino’s Pizza czy branże hotelowe jak Movenpick, Hilton czy International Hotels.

Także na naszym polskim podwórku, Jan Kulczyk, powołał Radę Polskich Inwestorów w Afryce , do której przystąpili Jerzy Starak (Polpharma), Roman Karkosik (Krezus), Adam Góral (Asseco Poland) i Karol Zarajczyk (Ursus) czyli przedstawiciele największych rodzimych koncernów inwestujących w Afryce. Takie posunięcia są jak najbardziej uzasadnione, biorąc pod uwagę prognozy, które szacują wzrost gospodarczy tego regionu na poziomie 5,8%, oraz dalszy spadek inflacji w 2015 roku. Jednak tak bardzo, jak kuszący i obiecujący wysokie zwroty inwestycyjne jest ten rynek, tak dla wielu już okazał się się on przedsięwzięciem zbyt ryzykownym, źle zaplanowanym.

“Tak wiele razy już to widziałem” – komentuje były CEO Coca-Coli,  Neville Isdell – “Firma decyduje, że w Afryce jest szansa na rozwój. Wysyła tam swoich pracowników, próbuje odtworzyć tam to, co robi u siebie i kieruje całą operacją ze swojej europejskiej siedziby. Jest to kosztowne ze względu na wysokie płace i loty w tą i z powrotem. Głównie jednak dlatego, że to po prostu tak nie działa.” Jest to cenny punkt. Jednym z głównych powodów, dla których wielkie koncerny jak dotąd nie garnęły się do działalności na tym kontynencie, jest brak dostatecznej reprezentacji dyplomatycznej i prawniczej w głównych miastach, odmienne procedury i standardy produkcji, a także korupcja i polityczna niestabilność.

Największym jednak problemem Afryki jest brak odpowiedniej infrastruktury, który oczywiście jest kluczowym elementem dla przedsiębiorstw, które chcą tam wprowadzić swoją działalność. Przede wszystkim jednak, ogromnie utrudnia to samym mieszkańcom Afryki angażować się w działalność ekonomiczną. Oczywiście, samo wybudowanie dróg czy specjalistycznej zabudowy nie rozwiąże problemu np. braku edukacji. Jednak inwestycje takie jak zaproponowane przez GSK, już mogą.

W tym miejscu dochodzimy do głównego tematu tego wpisu. Plany ekspansji wielkiego biznesu do Afryki jest bowiem dziś temat kontrowersyjny, przez wielu ostro komentowany. Wśród przeciwników popularnym jest określenie scramble for Africa (wydzieranie sobie Afryki), które dotąd używane było tylko w kontekście okresu kolonizacji Afryki przez Wielką Brytanię, Francję i Niemcy przed I wojną światową. Kiedy rząd brytyjski ogłosił, że przeznaczy 600 milionów funtów dla międzynarodowego Sojuszu na rzecz Bezpieczeństwa Żywności i Żywienia, który do 2020 ma  inwestować w zrównoważone rolnictwo Afryki i wyciągnąć 50 milionów osób z biedy – posypały się na niego gromy. Według krytyków, taka polityka tylko zaogni ubóstwo i nierówności społeczne poprzez prioretyzowanie interesów dużych firm nad indywidualnymi rolnikami afrykańskimi.

Trudno nie odnieść jednak wrażenia, że wśród oponentów ekspansji biznesowej w Afrykę dominuje pogląd przedsiębiorstwa jako krwiopijcy, którego jedynym celem jest wykorzystanie jak najwięcej “głupiej” społeczności o małych wymaganiach płacowych, rozgrabienie ziemi i napchanie swoich kieszeni pieniędzmi zarobionymi w niemoralny sposób.

Jest to silnie emocjonalny argument, który oczywiście w niektórych przypadkach może się okazać (zresztą okazał się już parokrotnie w przeszłości) prawdziwy. Jednakże, zbyt często brakuje w tej dyskusji obiektywnego spojrzenia na sytuację i ukazanie argumentów, które przemawiają za tym rozwiązaniem i traktują problem od trochę innej strony. Przedstawiam 5 powodów, dla których uważam, że zaangażowanie wielkiego biznesu w inwestycje w Afryce ma potencjał ekonomicznej sytuacji win-win – umożliwiającą obu stronom polepszenie swojej sytuacji.

1. Miejsca pracy

To punkt pierwszy, ponieważ najbardziej logiczny. Największą bolączką Afryki jest bieda. Średni roczny dochód na mieszkańca w krajach takich jak Kenia, Etiopia, Tanzania czy Kongo oscyluje poniżej 1,000 dolarów czyli ok. 3 dolarów dziennie. Nie dziwi więc, że ludzie Ci od wielu lat nie mogą rozpędzić gospodarki swego kraju – kiedy ledwo co starcza im na przeżycie, nie prowadzą oszczędności, a bez nich wiadomo ciężko o inwestycje w swój rozwój, biznes czy infrastrukturę. Spójrzmy tylko na Chiny. Oczywiście, wejście zachodnich firm na ich rynek i rozwój masowych linii produkcyjnych często prowadził do morderczo ciężkiej pracy w warunkach dalekich od tych nam znanych, jednakże wystarczy posłuchać samych zainteresowanych. Gdyby nie te firmy, masy ludzi nigdy nie wyszłoby z biedy, nie przeniosłyby się do miast, nie posłałyby swych dzieci do szkoły. Sceptykom polecam obejrzenie epizodu z cyklu “Free to Choose” Miltona Friedmana, na temat Hong Kongu. Praca w fabrykach w większości przypadków odmieniła życie wielu osób na lepsze. Co więcej, aktualnie przedsiębiorstwa wycofują się z Azji, ponieważ kraje te zaczęły się tak rozwijać, że dziś koszta związane z wynagrodzeniami dla pracowników wcale nie są już na tyle mniejsze niż te w kraju. Choć biznes dążył do powiększania swoich zysków, przy okazji pomógł milionom obywateli wejść na wyższy poziom drabiny społecznej. Podobny mechanizm zadziałałby w Afryce. To, co jest ich atutem, to po pierwsze surowce naturalne (które są jednak ograniczone i nie od dziś wiadomo, że dzięki nim samym kontynent ten się nie rozwinie), a po drugie właśnie ogromna siła robocza, zmotywowana do pracy i poprawy swoich warunków. Dzięki pracy w koncernach zyskali by oni wstęp do zupełnie innego świata – przeszliby treningi, nabyli umiejętności, zaczęli zarabiać pieniądze, a poprzez usamodzielnianie się, zaczęliby wykształcać w sobie postawy przedsiębiorcze. Oczywiście miejsca pracy pojawiły by się nie tylko dla taniej siły roboczej – inwestycje takie jak choćby centrum badawcze GSK umożliwiłoby afrykańskim studentom zyskanie dostępu do najbardziej aktualnej wiedzy oraz technologii i pieniędzy, którą mogliby wykorzystać do przeprowadzania indywidualnych badań. Uważam, że będzie to niesamowicie efektywne, aby umożliwić ludziom, którzy są najbliżej problemów tego kraju środki, dzięki którym szukać będą mogli dla nich rozwiązań. Cóż z tego, że później koncerny te zarabiałyby na nowo stworzonych lekach? W końcu płaciłby naukowcowi, który pomógł w ich wynalezieniu. Będzie on dawał temu przedsiębiorstwu to, po co do tej Afryki przyszedł.

2. Ułomny rząd

Z punktu widzenia libertarian, rząd nie jest w stanie wykonywać dobrze powierzonych mu zadań. W krajach rozwiniętych jednak nie jest to głos mocno popularny, ponieważ zdarza się, iż nie każde posunięcie polityków jest złe, poziom życia jest na ogół dobry i żyjemy komfortowo (czy jednak powinniśmy to przypisywać zasługom rządu, to już oczywiście  inna kwestia). Jednak to właśnie na przykładzie krajów afrykańskich widać, że kiedy sytuacja ekonomiczna nie jest dobra, magiczna ręka polityczna nie potrafi rozwiązać żadnych problemów, ulegając korupcji, niekompetencji, realizowaniu swoich zachcianek. Poniższa mapa stworzona przez magazyn The Economist doskonale ukazuje w jak przytłaczającej wielkości w Afryce dominuje albo demokracje na papierze, albo reżimy.

africa democracy
źródło :
http://www.economist.com/node/21551494

Co więcej, wszyscy Ci, którzy uważają, że przedsiębiorstwa tylko wpędzą społeczeństwo afrykańskie w jeszcze większą biedę, być może nie wiedzą, że ich dobroduszny rząd, już kiedyś próbował Afryce pomóc “bezinteresownie”. W latach 70. kiedy kraje eksportujące ropę magazynowały swoje nadwyżki finansowe w bankach krajów zachodnich, te lekką ręką pożyczały Afryce pieniądze, w ramach tzw. pomocy rozwojowej, dla rządów tych krajów, by te miały środki na budowę infrastruktury oraz pomoc społeczną. Jedyne co jednak wynikło z tej pomocy, często przyznawanej bez konkretnych oczekiwań, trafiała do kieszeni dyktatorów, na ich wille i samochody, co rozpętało wielki kryzys długu, który do dziś w większej części nie pozostał spłacony (nawet po umorzeniu części spłat, wciąż co roku afrykańskie kraje płacą ok.20 miliardów dolarów swym kredytodawcom) . Jak widać, ani trochę nie wpłynęło to na sytuację Afryki. Tymczasem przedsiębiorca, będąc zorientowanym na swój zysk, ma właśnie to, czego brakuje rządom – możemy być pewni, ze zadba o to, by pieniądze, które wydaje przyniosły oczekiwane efekty i trafiły we właściwe ręce. Kiedy słucham jak Sir Witty zapowiada budowę fabryki w Nigerii, nie mam większych wątpliwości, że ona rzeczywiście powstanie. Ciężko natomiast o jakąkolwiek pewność kiedy słucha się Donalda Tuska obiecującego matkom chorych dzieci w Sejmie, że zwiększy benefity socjalne dla nich – będzie musiał w końcu od kogoś (nas) te dodatkowe pieniądze rozgrabić. W swojej kieszeni oszczędności szukać raczej nie będzie.

 

3. Infrastruktura

Według statystyk Światowego Banku, żeby zapewnić Afryce podstawowy poziom infrastruktury, potrzebuje ona rocznie średnio 80 miliardów dolarów. Jest to kwota, której nie posiada tam żaden rząd (jeśli już to w postaci swoich posesji), a także jakiej żaden fundusz światowy nie jest w stanie naraz przeznaczyć. Co więcej, należy mocno zaznaczyć, że obraz mieszkańców Afryki jako nieprzedsiębiorczych, skoro nie potrafili rozwinąć swojego kraju przez tyle lat, jest bardzo krzywdzący i nieprawdziwy. Ci z zachodnich biznesmenów, którzy mieli okazję próbować ekspansji na ten rynek mówią, że jest tam wielu młodych ludzi, z pomysłami, motywacją, porozumiewających się po angielsku oraz podróżujących do innych krajów, na kooperacji z którymi powinno przedsiębiorcom zależeć. Znają oni bowiem ten kraj od podszewki, jego kulturę, a zwłaszcza przeróżne ryzyka dla biznesu, o których przekonali się często na własnej skórze. Co w końcu bardziej opłaca się takiemu GSK czy KFC – sprowadzać całe swoje moce budowlane do Afryki, czy zaangażować zasoby, które są już na miejscu? Kogo uczynić managerem restauracji czy grupy pracowników – swojego pracownika, który wymagać będzie pensji o wiele większej niż praca tego wymaga czy może Afrykańczyka, który nie dość, że wygeneruje mniej kosztów (zakwaterowanie, przeloty), to także szybciej zdobędzie posłuch wśród “swoich”, będzie wiedział jak ich zmotywować? To tak logiczne rozwiązanie –  musimy zdać sobie sprawę, że to co jest korzystne dla firmy, nie musi być niekorzystne dla Afryki. Jako, że obie strony już dawno zauważyły potencjalne zalety, jakie może im przynieść współpraca, powstają inicjatywy takie jak np. Africa Partner Pool, będące platformami łączącymi środowisko inwestorów ze środowiskiem afrykańskich przedsiębiorców.
“Rozwijamy swoją działalność, żeby sprawić aby lokalne firmy zrozumiały, że o pewne rzeczy trzeba zadbać tam na miejscu, żeby stali się dla nas partnerami, którym można zaufać i którzy będą przekazywać zachodnim grupom dostawy, których potrzebują.” – tłumaczy tę działalność Sam Brandful, przedstawiciel w Ghanie.

Afryka potrzebuje dróg, lotnisk, szpitali, uniwersytetów, centrów handlowych, restauracji. Tego też potrzebują firmy, które będą tam operować. Gdzie ściera się potrzeba i wolny rynek, tam prędzej czy później to pojawi się działanie. Czy prędzej, zależy tylko od nas i tego czy pozwolimy działać ludziom z kapitałem i pomysłem.

4. Rosnąca klasa średnia

Według danych African Development Bank Group, już teraz afrykańska klasa średnia składa się z ok. 300 milionów ludzi. Rozwój ten dokonał się dzięki wzrostowi gospodarczemu, na skutek odchodzenia producentów afrykańskich od niepewnego rolnictwa, do sektora dóbr i usług konsumpcyjnych. Wylicza się także, że ta grupa właśnie, wydawać będzie na konsumpcję ponad 1 trylion dolarów rocznie. Te demograficzne zmiany napędzają rozwój miast, generują pozytywne wzrosty choćby w dziedzinie rozpowszechniania się  szkolnictwa, ale przede wszystkim kształcą kulturę konsumpcjonizmu. To właśnie zdanie sobie sprawy z tych uwarunkowań rynku afrykańskiego, w którym obywatele stopniowo wzbogacają się i chcą wydawać pieniądze na siebie, pozwala zrozumieć, że firmy takie jak McDonald’s czy Unilever nie wchodzą w niego by “rozgrabić kontynent”, a po prostu ponieważ jest tam zapotrzebowanie na ich usługi. Tak, są tam tacy sami ludzie jak tu, którzy widząc swoje rosnące dochody, zgłaszają popyt na podróże, wystawne kolacje, masaże po ciężkim dniu w pracy czy centra handlowe, w którym kupią sobie ubrania znanych na świecie projektantów. Hipokryzją byłoby twierdzić, że wiemy lepiej, iż społeczeństwu temu nie jest to potrzebne, kiedy sami, dobrowolnie korzystamy z tych produktów. Afryka nie będzie kolejnymi Chinami czy Indonezją – nie przy rosnącej dostępności do Internetu, podróżach do innych krajów, zmianach politycznych i społecznych. Nie,  bo firmom dziś opłaca się być “społecznie odpowiedzialnym”, bo po przygodzie w Azji wiedzą, że więcej zysku może przynieść współpraca, ale w długim okresie, zamiast eksploatacji, w krótkim.

***

Jak mówi Jan Kulczyk : “Afryka dzisiaj, to Polska lat 90., może 80. Wkrótce rozwinie się tam cały przemysł konsumpcyjny, infrastruktura, usługi, czyli to, co jest charakterystyczne dla wszystkich gospodarek rozwijających się. Nie trzeba odkrywać Ameryki, trzeba odkrywać Afrykę “. Oduczmy się patrzenia na Afrykę z “góry”, jak na nieporadny naród, który nie potrafi sam o siebie zadbać. Bądźmy dla nich partnerami i sprawmy, by dzięki lepszym zarobkom i świadomości ekonomicznej, sami stali się odpowiedzialni za rozwój swojego kraju. To właśnie osiągnąć może tylko wielki biznes – pozwólmy mu to zrobić.

 

nicolas maduro

Jak w 10 miesięcy doprowadzić kraj do upadku?

nicolas maduro

 

Ostatnimi czasy media żywiły się głównie tematem kryzysu demokratycznego na Ukrainie.

Dla libertarian tak zaciekła walka ukraińców o swoją wolność, wcale nie dziwi – człowiek z natury jest istotą wolną i instynktownie walczy, kiedy mu się ją ogranicza. Tym bardziej nie szokują zdjęcia posiadłości Janukowycza, który żyjąc jak król doprowadził państwo do ruiny – politycy to tylko ludzie, a działanie “na rzecz dobra ogółu” jest pojęciem abstrakcyjnym. Nie jest to post o Ukrainie, podsumuję więc krótko, cytatem Ludwiga von Misesa : Naprawdę, nie ma żadnej istotnej różnicy pomiędzy nieograniczoną władzą państwa demokratycznego, a nieograniczoną władzą autokraty.

Rząd, o którym mówimy jak o organie prawie ponadludzkim, idealnym i nastawionym na czynienie dobra społeczeństwu, to tylko zbiór ludzi, którzy zapewne posiadają zestaw (mniejszy lub większy) szlachetnych cech, ale także są też ludźmi z wadami, niedouczonymi, konformistami, działających pod wpływem emocji, a nie rozumu. Obywateli świadomych sytuacja ukraińska więc nie dziwi.

Jednak nie tylko na Ukrainie ludzie walczą o swoją Locke-owe prawo do życia, wolności i własności (winić możemy nasze monotematyczne i nastawione na bliską sensację, a nie dalszy, a bardziej opiniotwórczy, plan).

Zauważam, że niewielu ludzi wie, co dzieje się aktualnie w Wenezueli, kraju, który jest najlepszym przykładem na to, że socjalizm po prostu nie może działać, a kolejne poczynania rządu ograniczające swobodę obywateli przywodzą na myśl samospełniającą się przepowiednię Ayn Rand z jej “Atlasu zbuntowanego”, o państwie, które na skraj upadku doprowadziły poczynania żądnych władzy polityków.

Co tymczasem dzieje się w Wenezueli? Poniżej pokazuję w trzech krokach, jak w 10 miesięcy Nicolás Maduro zdołał doprowadzić ten kraj na skraj upadku, poprzez działania mające na celu zapewnić partii socjalistycznej, mówiąc otwarcie, autorytarną władzę, oficjalnie jednak nazywając się “republiką”.

 

1. Polityka

Nicolas Maduro prezydentem Wenezueli został w kwietniu 2013 roku, po śmierci Hugo Chaveza ( znanego z hasła “Socjalizm albo Śmierć!”) poprzedniego przywódcy kraju, i zdecydowanie kreuje się na kontynuatora jego radykalnej myśli politycznej. Jego przeszłość nie budzi złudzeń co do tego, jak bliska jest mu polityka wspierania biedniejszych kosztem bogatszych, równości społecznej, a także centralizacji decyzji.  Ten były kierowca autobusów, przywódca związku zawodowego, członek rządu Chaveza, a także minister spraw zagranicznych w latach 2006-2013 jest dziś prezydentem z ramienia Zjednoczonej Partii Socjalistycznej (PSUV). W oświadczeniu Maduro na początku swej prezydencji, które opublikowane zostało przez dziennik The Guardian,zapowiadał on kontynuację polityki swego poprzednika, wymieniając walkę z ubóstwem i zbrodnią, korupcją i niską efektywnością gospodarki jako główne cele, mówiąc podniośle o “socjalnym renesansie”, którego doświadczają kraje Ameryki Łacińskiej (cóż z tego, że dane World Bank mówią o ociężałej gospodarce, niestabilności oraz kryzysie społecznym).

Działania socjalistyczne jednak, dokładnie pogłębiły te problemy, zamiast je uśmierzyć.

Po 10 miesiącach do głównych osiągnięć Maduro zaliczyć można efektywne cenzurowanie kolumbijskiego kanału NTN24 oraz CNN z anty-rządowych treści, prześladowanie sądowe, a wreszcie nacjonalizację prywatnej sieci telewizyjnej Globovision oraz konglomeratu medialnego wydającego najważniejsze tytuły krajowe, Cadena Capriles oraz nadużywania Gwardii Narodowej i organizacji paramilitarnych do utrzymywania porządku.  Co więcej, w listopadzie 2013 podczas zgromadzenia narodowego, kiedy to opozycja została poddana agresji i niedopuszczona do głosu, uchwalone zostało tzw. prawo poszerzające możliwości legislacyjne (enabling law)  dla prezydenta. Warto zaważyć, że takie samo zostało przez rząd przyznane Hitlerowi w 1933, dzięki czemu mógł “legalnie” wprowadzić dyktaturę w Niemczech.

venezuela protest

W takich okolicznościach logiczne wydają się wielotysięczne uliczne anty-rządowe protesty,wybuchające regularnie na ulicach Caracas, Valencia, Puerto la Cruz, Puerto Ordaz, San Cristobal czy Porlamar. Ostatnie krwawe zamieszki rozpoczęły się 4 lutego 2014, na skutek starcia popleczników Maduro i opozycji kierowanej przez Henrique Capriles, w których udział wzięło ok 50 000 osób, a dotychczas zginęło ok. 28. Od niedawna protesty przeniosły się też do stanu Tachira, który produkuje połowę krajowej podaży owoców i warzyw, a przez to, że drogi są blokowane przez demonstrantów ok. 1500 ciężarówek dostawczych zostało uziemionych. Od początku lutego zaopatrzenie w podstawowe artykuły jak papier toaletowy, mleko, mąka spadło o 50% w porównaniu ze stanem normalnym. Coraz więcej ludzi nie może pracować, nie otrzymuje regularnego wynagrodzenia co domyka błędne koło rozczarowania władzą, kreując tylko nowych i nowych opozycyjnych demonstrantów.

Tymczasem władze z Maduro na czele za sytuację winią Leopoldo Lópeza, przywódcę opozycji, który wielokrotnie publicznie krytykował korupcję i kryzys gospodarczy w Wenezueli. Aktualnie przebywa on w areszcie oczekując na wyrok w sprawie zarzutów o podsycanie demonstracji. A więc walczę-o-pokój-na-świecie Maduro wprowadza do wenezuelskiej dyktatorskiej sielanki nowy element – więźniów politycznych. Ze swojej strony natomiast, uchwala nowe, 6-dniowe narodowe święto, wolne od pracy, co ma być remedium na masowe protesty. Cóż, wyraźnie pokazuje to jak bardzo Maduro oderwany jest od rzeczywistości kraju, którego mianuje się przywódcą. Podtrzymywaniem iluzji socjalistycznego raju nie nakarmi ludzi strajkujących na ulicach.

 

2. Gospodarka

Przejmując rządy, Maduro był świadom w jak złej kondycji znajdowała się gospodarczo Wenezuela, z deficytem sięgającym 17% PKB oraz 22-procentową inflacją po 14 latach nieustannego pompowania pieniędzy w krajowy rynek, by utrzymać ustalone ceny czy by wypełniać obietnice o płacy minimalnej, składane “pracującym masom”. Żeby zrozumieć, czemu Maduro zdecydował się uleczyć te problemy, kontynuując nieefektywne i interwencjonistyczne praktyki Chaveza (taka sama logika stoi np. za zaciąganiem nowych kredytów by spłacać dawne zadłużenia) trzeba zdać sobie sprawę z jego punktu widzenia. Według niego, “neoliberalne praktyki popierające idęę kapitału, który nie ma ojczyzny”, które stosowane były przez wenezuelskich przedsiębiorców kosztem zwykłych ludzi (kim są zatem przedsiębiorcy!?) doprowadziły do powszechnej biedy oraz podziałów ekonomicznych.

Maduro, który hymnie propagował hasła “Socjalizmu XXI wieku”, sprawił, że wielu lewicowych dziennikarzy oczekiwało na jego prezydencję z nadzieją na to, że nareszcie będzie on tym, który udowodni, że można przewodzić progresywnym, popularnym wśród mieszkańców rządem, który jednocześnie mówi nie neo-liberalizmowi. To prawda, jeszcze nigdy się nie zdarzyło, żeby socjalistyczny kraj osiągał wyniki ekonomiczne państwa zdecentralizowanego, co jednak wciąż nie przeszkadza teoretykom proklamować  redystrybucji dochodów  i “karania” wyższymi podatkami co bardziej produktywnych jednostek społeczeństwa, jako sprawiedliwego systemu.

Gospodarka wenezuelska kręci się wokół paliwa, którego eksport składa się na ok. 20% PKB, a także ponad 50% budżetu rządu. Maduro znacjonalizował więc przemysłu paliwowy, a przywłaszczone dochody przeznaczył na programy socjalne – zapewniając wenezuelczykom darmową służbę zdrowia i edukację. Jednakże cóż z tego, kiedy z powodu protestów w całym kraju, niedobory dostaw dotknęły także apteki, w których czasem brakuje nawet 40% normalnego zaopatrzenia.

Kolejnym problemem, który został tylko zaogniony poprzez protekcjonizm oraz hamowanie dywersyfikacji produkcji przez rozporządzenia Maduro, jest duża zależność Wenezueli od eksportu do Ameryki (ok. 40%). Dodatkowo, Maduro, poprzez nadmierną kontrolę obywateli i gwałt na wartościach demokratycznych w imię równości, sam strzela sobie w stopę, ponieważ sankcje jakiej co jakiś czas wprowadzają Stany w ramach bilateralnej wymiany, jeszcze pogarsza sytuację ekonomiczną tego kraju.

Problemem wynikającym z ciasnych więzi handlowych ze Stanami Zjednoczonymi jest czarny rynek dolara, co oczywiście jest następstwem dyrektywn nałożonych jeszcze przez Chaveza. W 2003, by kontrolować odpływ rodzimej waluty, ustanowił stałą cenę, po której trzeba było kupować dolara, wynoszącą 6.30 boliwar. Nie dziwi oczywiście, że bardzo szybko ludzie, w naturze których nie leży przecież podporządkowywanie się rozkazom byłego autobusiarza, rozwinęli prężnie działający czarny rynek, na którym kurs jest 10 razy wyższy.

W kraju powstaje zjawisko podwójnej gospodarki, gdzie z jednej strony dzięki handlu na czarnym rynku część społeczeństwa podwyższa swoją siłę nabywczą poprzez posiadanie dolarów, a z drugiej jednak, nałożenie wygórowanych płac minimalnych przez rząd oraz coraz niższe dochody z eksportu, napędzają szaloną inflację – zmniejszając siłę nabywczą społeczeństwa. Według najnowszych danych wynosi ona 57%, a kontynuujące protesty nie dają szans na stabilizację Wenezueli w niedalekiej przyszłości.

venezuela inflation

 

źródło : http://www.tradingeconomics.com/venezuela/inflation-cpi

Co mówi Maduro? To wina biznesmenów i prawicowych nazistów.

Co robi Maduro? Nałożył, na przykład, limity na maksymalny zysk jaki przedsiębiorstwo może osiągnąć, a także na ceny, aby były “sprawiedliwe”. Uregulował też cenę samochodów. Czy jednak to rzeczywiście próba ratowania gospodarki czy tylko podejmowanie pustych akcji, by sprawić wrażenie zaangażowania? Celem setek tysięcy wenezuelczyków walczących o swój kraj i wolność na ulicach, nie zostaną raczej zadowoleni tańszymi samochodami.

3. Społeczeństwo

 

Tak naprawdę największy dramat historii ostatnich 10 miesięcy Wenezueli to negatywne efekty jakich doświadcza to społeczeństwo z powodu depresji gospodarczej oraz niestabilności politycznej.

Wspomniana już nacjonalizacja przedsiębiorstw, limity produkcyjne, podwyższanie płacy minimalnej (która nieuchronnie prowadzi do wzrostu bezrobocia lub zmniejszenia produkcji) powoduje spadek dochodów społeczeństwa, niedobory podstawowych dóbr spożywczych w sklepach, a co najważniejsze znaczny wzrost wskaźnika zbrodni. Wenezuela jest aktualnie czwartym krajem na świecie z najwyższym współczynnikiem zbrodni na 100,000 obywateli. Jednym z najtragiczniejszych wydarzeń było głośne morderstwo 29-letniej Monici Spear, byłej już miss Wenezueli. W styczniu, w czasie powrotu z wakacji ze swoim mężem oraz córeczką, zepsuł się jej samochód i kiedy próbowali oni go uruchomić, zostali napadnięci przez uzbrojonych napastników – oboje zostali zamordowani, a ocalała córka została postrzelona w nogę. Łączenie socjalizmu bezpośrednio ze wzrostem zbrodni to uogólnienie, jednak jak najbardziej uzasadnione jest już łączenie krótkowzrocznych decyzji rządu, motywowanych wzrostem popularności a nie analizą sytuacji kraju, z obecnym kryzysem. To one powodują, że bieda, polaryzacja społeczeństwa, brak wzrostu gospodarczego, niedziałające instytucje, stawiają obywateli w sytuacji braku bezpieczeństwa i niezadowolenia z życia, co wzmaga agresywne zachowania, czasem nawet walkę o przetrwanie.

venezuelacrime

venezuela shortage

To już nie pierwszy raz kiedy obywatele Wenezueli mierzą się z brakiem żywności w sklepach, staniem w długi kolejkach, kontrolą cen – to samo działo się kiedy w 2008 roku Hugo Chavez poprzez manipulacje cenami na rynku doprowadził do niestabilności zaopatrzenia.

Po oczach najbardziej bije jednak propaganda jaką Nicolas Maduro stara się usilnie serwować obywatelom Wenezueli, jak i zagranicznym obserwatorom. Jego ostatni list opublikowany przez amerykański dziennik New York Times, obok regularnej bablaniny propagandowej, formułuje on też bardzo odważną tezę : “[socjalistyczna rewolucja] stworzyła flagowy, uniwersalny system opieki zdrowotnej i program edukacyjny, darmowy dla obywateli w naszym całym kraju”.

Być może Maduro liczył iż siła tytułu pod którym publikuje sprawi, że czytelnicy zawierzą mu na słowo, być może jako zapalczywy socjalista historię Wenezueli rozpatruje dopiero od lat 90. XX wieku, kiedy to dokonał się przewrót – tak czy tak, nie zmienia to obiektywnego faktu, że jest to po prostu kłamstwo.

Nie trzeba długo przeszukiwać książek historycznych by szybko znaleźć informację o tym, że darmowa edukacja dla chłopców i dziewczyn została w Wenezueli wprowadzona już w XIX wieku, przez prezydenta Antionio Guzman Blanco (swoją drogą militarystycznego dyktatora). Co więcej, idea ogólnodostępnej edukacji była także podstawą polityki demokratycznej partii, która do władzy doszła w 1946 roku. Paradoksalnie, sam Chavez, guru Maduro, był przez pewien czas nauczycielem w programie ACUDE, wprowadzonego przez demokratów w latach 60. by zwiększyć piśmienność wśród społeczeństwa wenezuelskiego. Cóż, Maduro twierdzi jednak, że wspomniane instytucje nie istniały.

Podobnie ma się sprawa z systemem opieki zdrowotnej. Już konstytucja z 1961 toku, którą poplecznicy Chaveza chcieli zastąpić (mianując ją przepustką neo-liberałów do dominacji), wprowadzała gwarancję darmowej publicznej służby zdrowia, a większość ze szpitali, które dziś funkcjonują w Wenezueli, została zbudowana przed dojściem socjalistów do władzy. Oczywiście, instytucje te nie działały bez problemów, jednak po pierwsze, lata władzy Chaveza i teraz Maduro nie wyeliminowały wad publicznej opieki zdrowotnej, na pewno znanych także Wam wszystkim z przykładu Polski, a po drugie, proklamując Boliwarów jako twórców tych systemów społecznych, Maduro najzwyczajniej w świecie kłamie.

***

Hipokryzja rządu wenezuelskiego oraz jego brak właściwych reakcji sprawił, że kraj ten pogrążył się w chaosie – politycznym, ekonomicznym i społecznym. Gigantyczna inflacja, krwawe protesty na ulicach, pustki w sklepach, prężny czarny rynek, rosnący odsetek zbrodni – wszystko to pokazuje, co się dzieje kiedy państwo stara się kontrolować obywateli, daje sobie prawo do decydowania o cudzym życiu i własności, a także za cel przyjmuje sobie działanie dla  abstrakcyjnego “dobra ogółu”.

Sytuacja przywodzi na myśl porównania z przewrotem demokratycznym(?) na Ukrainie. Dla libertarian płyną z tej analizy dwie zasadnicze kwestie, całkiem logiczne zresztą :

  1. rząd to tylko ludzie z ich wadami i słabościami, powierzanie im zadań, które przewyższają ludzkie możliwości (np. zapewnienie każdemu obywatelowi dobrobytu bez wymagania zaangażowania gospodarczego) będzie zawsze bezcelowe i da gorsze efekty niż gdy ludzi pozostawi się z siłą decydowania o tym co dla nich samych najlepsze
  2. nawet kiedy rząd zawodzi, gorzej radzi sobie socjalistyczny, niż ten demokratyczny (patrz Ukraina – podobna sytuacja ekonomiczno-polityczna, ale dzięki dojściu do władzy demokratycznego rządu, sytuacja choć częściowo zostaje rozwiązywana)

Jakie rozwiązanie widzą libertarianie? Rząd minimalny. Ale to już historia na inny post.

 

 

***

Źródła :

http://www.theblaze.com

http://humanrightsfoundation.org

http://blogs.telegraph.co.uk

http://www.newrepublic.com

http://www.theguardian.com

http://www.bbc.com/news/

 

adamsmith

Z cyklu : “Wielcy badacze wolności” – Smith, Locke, Nozick

Jak każda ideologia, także libertarianizm, obok popleczników i przeciwników ma wielkich myślicieli, którzy położyli jego teoretyczne podwaliny, a także wciąż inspirują swymi ideami ludzi na całym świecie.

Z własnego doświadczenia wiem, iż niestety zdecydowanie zbyt rzadko wspomina się o nich na lekcjach historii czy wychowania obywatelskiego, a debat na temat ich poglądów trudno szukać też na wykładach uniwersyteckich. Inaczej przedstawia się to pośród grup naukowych, lecz to właśnie ujawnia specyficzny charakter libertarianizmu. Przez swych popleczników, uważany jest nie tylko za najprostszy, ale także najbardziej logiczny na świecie sposób myślenia o naturze ludzkiej i tego jak najefektywniej organizować państwo. Dla jego przeciwników, jest jednak nie tylko utopijną lecz także skrajnie radykalną mrzonką głoszoną przez grupę idealistów, wierzących, że ludzie są dobrzy i pracowici.

Być może, drogi Czytelniku, jesteś wśród pierwszych, może drugich, może jesteś obojętny lub zainteresowany. To nieważne, ponieważ czytanie o tytułowych “badaczach wolności”, nie ma prowadzić do manipulacji Twoimi poglądami, a tylko (i aż!) przedstawienia zupełnie odmiennego punktu widzenia. A to niestety czynność, której zbyt rzadko się poddajemy, być może dlatego, że o tym jak mocno wpływa ona na kształtowanie swoich własnych poglądów zdajemy sobie sprawę dopiero kiedy już podejmiemy ten proces.

Sztuką nie jest bowiem odrzucić nowy pogląd, za powód stawiając sobie to, że nie jest zgodny z tym, w który od zawsze wierzyliśmy. Co więcej! Jeśli jesteśmy tak bardzo przekonani o słuszności swego, pozwólmy sobie na chwilę przyjąć za prawdziwy ten nowy, a następnie zgodnie z zasadą logicznego wnioskowania, dowieść czy jest racjonalny. A jeśli stwierdzimy, że jest bardziej sensowny? Nie bójmy się zmieniać poglądów – bezzasadnie rodzi to pejoratywne skojarzenia wstydu, pomyłki, przyznania się do błędu. Tymczasem konfrontacja z innymi poglądami czyni nas jedynie bardziej świadomym tego, gdzie leżą nasze inklinacje, odpowiedzi przed samym sobą na fundamentalne pytania, a co za tym idzie lepszego formułowania swych oczekiwań od życia.

Żeby nie być gołosłowną, dziś podaję Wam danie złożone z trzech “ojców” idei libertarianizmu – zaczniemy od Johna Locke’a, przejdziemy przez Adama Smitha, by zakończyć na Robercie Nozick. Z Twojej strony liczę jedynie na “głód wiedzy” oraz otwarty umysł.

***

1. John Locke – filozoficzny filar libertarianizmu

johnlocke

“Rezultatem prawa nie ma być likwidowanie czy ograniczanie, ale zabezpieczanie i powiększanie wolności” [The end of the law is, not to abolish or restrain, but to preserve and enlarge freedom.]

Żył … w latach 1632 – 1704 w Anglii, nieformalnie przewodził tradycji Brytyjskich Empirystów w historii filozofii (nurt głoszący, że głównym źródłem wiedzy dla człowieka jest doświadczenie), a jego idee zainspirowały twórców Amerykańskiej Deklaracji Niepodległości z 4 lipca 1776.

Najbardziej znany … za wprowadzenia pojęcia naturalnych praw każdego człowieka. Jest to idea, że człowiek, oprócz praw, które obejmują go ze względu na bycie częścią społeczeństwa, od urodzenia posiada też prawo do decydowania o swoim życiu i do wolności (jednak działania w ramach własnej wolności nie mogą ograniczać wolności cudzej).

Jeśli chodzi o ekonomię… Locke proklamował ideę iż rząd nie powinien sterować stopami procentowymi, w odpowiedzi na próby obniżania stóp przez brytyjski parlament (co było jednym z pierwszych wyrazów poparcia dla wolnego rynku), a także głosił, coś co można by dziś nazwać zaczątkami teorii monetaryzmu, a mianowicie, że wartość pieniądza zależy od jego ilości w obiegu gospodarczym.

“Prawo naturalne” a rozwój myśli libertariańskiej … Locke poczynił jako pierwszy rozróżnienie pomiędzy prawem a rządem. Głosił on, że nawet jeśli nie istniał by żaden rząd, nie nastąpiłaby anarchia, ponieważ społeczeństwo samo by się rządziło, właśnie poprzez naturalne prawo. Krytykowany jest Locke często, ponieważ oparł on swoje stwierdzenie na idei, iż “jeśli wszyscy są sobie równi i niezależni, nikt nie powinien krzywdzić swego bliźniego jeśli chodzi o poszanowanie jego życia, wolności czy przynależności”. To właśnie jednak ta wiara w zdolność ludzi do “samo-regulacji”, leży u podstaw libertarianizmu.

2. Adam Smith – ekonomiczny filar libertarianizmu

adamsmith

” Jest to największą zuchwałością i arogancją … królów i ministrów, żeby udawać iż trzyma się pieczę nad gospodarką prowadzoną przez osoby prywatne, ograniczając ich wydatki… To własnie oni są zawsze, bez wyjątku, największymi rozrzutnikami w społeczeństwie.” [It is the highest impertinence and presumption… in kings and ministers, to pretend to watch over the economy of private people, and to restrain their expense… They are themselves always, and without any exception, the greatest spendthrifts in the society.]

Żył … w latach 1723 – 1790, przez większość czasu w miasteczku Kirkcaldy w Szkocji. Okres ten należy kojarzyć ze Szkockim Oświeceniem (wiara w rozum, a nie emocje, a także w naturalne dobre instynkty ludzkie) oraz postaciami takimi jak David Hume czy też Jean-Jacques Rousseau (z którym Smith obficie korespondował).

Najbardziej znane dzieło … to traktat “Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów” (1776), w której wyłożył on podstawy funkcjonowania wolnego rynku w duchu liberalnym, czyli bez interwencji państwa w produkcję, który to najefektywniejszy jest kiedy popytem i podażą steruje tzw. słynna “niewidzialna ręka rynku”. Znaczy to tyle, że jeśli producenci działają zgodnie ze swoim naturalnym pragnieniem powiększania profitu, zwiększona produkcja oraz dochody przekładają się także na dobrą kondycję gospodarki jako całości i społeczeństwa w niej egzystującym.

Smith, a libertarianizm … wyniesienie gospodarki rynkowej na piedestał, a także zainspirowanie nurtu tzw. consequentialist libertarianism (konsekwencjalizm), który skupia się na pozytywnych konsekwencjach, jakie oferują liberalne przekonania i instytucje, relatywnie do istniejących możliwości i alternatyw, a także że to właśnie przez pryzmat tych korzyści powinniśmy uzasadniać zasadność libertarianizmu.

Warto wiedzieć … że od 2007 roku sylwetka Smitha zdobi banknoty 20-funtowe w Wielkiej Brytanii, razem z grafiką przedstawiającą robotników w fabryce szpilek – jego znany przykład na to, jak specjalizacja zadań w firmie usprawnia proces produkcyjny –  oraz napisem “The division of labour in pin manufacturing (and the great increase in the quantity of work that resulted)”.

3. Robert Nozick – moralny filar libertarianizmu

Robert-Nozick

“Nie ma takiej, z natury dobrej, społecznej jednostki, która godzi się na poświęcenia, dla swego własnego dobra. Są tylko indywidualni ludzie, różni indywidualni ludzie, ze swoimi indywidualnymi życiami. Używanie jednej z tych osób dla korzyści innych, wykorzystuje tą osobę, a przynosi korzyści innym. Nic więcej. ” [There is no social entity with a good that undergoes some sacrifice for its own good. There are only individual people, different individual people, with their own individual lives. Using one of these people for the benefit of others, uses him and benefits the others. Nothing more.]

Żył … w latach 1938 – 2002. Wyedukowany w Princeton, był profesorem filozofii na Harvardzie odkąd ukończył 30 lat (fakt ten nadał mu tytuł najmłodszego profesora w historii uczelni) aż do swej śmierci.

Najbardziej znane dzieło … to “Anarchia, państwo, utopia” (1974), które uczyniło z niego jednego z najbardziej wpływowych badaczy libertarianizmu, a sama książka zaliczana jest do kanonu klasyków myśli filozoficznej XX-wieku. Nozick przeprowadza w niej analizę powodów, dla których ograniczona rola rządu w państwie jest najbardziej kompatybilna z Locke-owskimi naturalnymi prawami istot ludzkich, a także dlaczego generuje ona zarówno polityczne jak i ekonomiczne korzyści dla społeczeństwa. Razem ze swymi kolejnymi dziełami  – “The Examined Life“(1989), “Socratic Puzzles” (1997) oraz “Invariances” (2001) – Nozick wypracował interdyscyplinarną obronę libertarianizmu, czerpiąc z filozofii obiektywizmu oraz racjonalizmu, a nawet fizyki czy biologii.

Nozick, a libertarianizm … na szczególną uwagę zasługuje argument, jakiego Nozick uważał za najefektywniejszą obronę idei libertarian – mianowicie moralny. Wg Nozicka, powodem, dla którego człowiek decyduje się wprowadzać ideologię poszanowania wolności w swoje życie, nie powinny być tylko korzyści jakie niewątpliwie płyną z tego dla niego i innych, lecz przede wszystkim fakt, iż wiara w libertariańskie społeczeństwo wynika z najwyższej formy szacunku dla indywidualnych praw każdego człowieka.

Co ciekawe…  w początkach swojej kariery naukowej, Nozick skłaniał się ku ideom Nowej Lewicy, o profilu socjalistycznym, pozostając pod wpływem popularnych wtedy grup intelektualnych. Dzięki samodzielnemu poszukiwaniu wiedzy, trafił on jednak na dzieła m.in. Ayn Rand, Ludwiga von Mises, Hayeka czy Rothbard, co sprawiło całkowitą zmianę swoich poglądów, a także zainspirowało do skupienia swych badań na filozofii analitycznej.

Oczywiście wybór osób jest całkowicie subiektywny. C.d.n.

***

Źródła

http://www.econlib.org/

http://www.iep.utm.edu/

http://libertarianquotes.net/

libertarianism

Libertarianizm – z czym to się je?

Co kojarzy Ci się ze słowem libertarianizm?

Być może jest to Janusz Korwin-Mikke, któremu zapewne najbliżej spośród polskich polityków do wyznawców tej ideologii (w sferze poglądów ekonomicznych!). Prawdopodobnie myślisz, że jest to odmiana liberalizmu, co częściowo jest prawdą, jeśli przyjąć definicję liberalizmu w swej klasycznej formie.

Jeśli tak – keep on reading, postaram się, abyś pod koniec tego postu wiedział z czym się ten libertarianizm je. Jeśli natomiast jesteś w gronie tych, którzy wiedzą o co chodzi i chcą dowiedzieć się jak wprowadzić idee libertariańskie w swoje życie – tak, to dobre miejsce.

Wolność to słowo klucz.

Cofnijmy się do Johna Locke’a, angielskiego filozofa i fizyka, uważanego za ojca klasycznego liberalizmu, na którego zasadach oparta została Amerykańska Deklaracja Niepodległości w 1776 roku. Wszyscy ludzie rodzą się równymi, a każdy ma naturalne prawo do życia, wolności i własności, które powinno być strzeżone przez uniwersalne prawo – tak reklamował Locke jako swoją wizję społeczeństwa, alternatywę dla europejskiego imperializmu i monarchizmu.

Z tego wynika dla nas pierwsza libertariańskie przekonanie – każdy człowiek wie najlepiej, co jest dla niego najlepsze, a zadaniem rządu jest … a właściwie należy podkreślić co jego zadaniem NIE JEST, czyli narzucanie ludziom sposobu w jaki mają żyć, ograniczając swoją rolę do strażnika podstawowych praw obywateli. Najłatwiej zrozumieć to jako opozycję do socjalizmu, w którym grupa rządząca przyznaje sobie monopol na podejmowanie poprawnych decyzji – ile produkować, co kupować no i oczywiście ile swoich zarobków oddać państwu, by wydało mogło je wydać lepiej od nas (rzecz nazwana po imieniu brzmi trochę gorzej niż podatki, czyż nie?).

Drugim filarem libertarianizmu jest ideologia ekonomiczna. Nie sposób nie wspomnieć tu o austriackiej szkole powstałej w Wiedniu w latach 70. XIX wieku. W dużym skrócie laissez-faire, czyli wolny rynek, w którym ceny ustalane są poprzez “niewidzialną rękę” popytu (ile danego produktu chcemy kupić) i podaży (ile produktu jest do kupienia na rynku), by wspólnie prowadzić do maksymalnej wydajności. Być może słyszałeś o Miltonie Friedmanie? Tak, to najbardziej znany kontynuator tej teorii (zwanej neo-klasycystyczną).

Tu pojawiają się pierwsze problemy, ponieważ głównym zarzutem wobec libertarianizmu jest jego idealistyczne podejście. W końcu jeśli wyobrazić sobie, że piekę najlepsze czekoladowe ciasta w okolicy, a Ty masz 20 złotych i wolisz zaspokoić swoje pragnienie bardziej niż zatrzymać 20 złotych, natomiast ja wolę pieniądze od wypieku, naturalnym następstwem jest wymiana ciasto-20zł, na której oboje zyskamy. To oczywiste możesz powiedzieć, logiczne wyjście z sytuacji, w której w interakcję wchodzą dwie racjonalnie myślące osoby. Sprawa komplikuje się jednak kiedy rynek jest regulowany przez państwo (patrz wspomniany socjalizm). Jeśli rząd stwierdzi, że powinno się produkować więcej szarlotek i przyzna dofinansowanie mojej sąsiadce (która, umówmy się, nie piecze tak dobrze jak ja), będzie ona mogła obniżyć cenę swojego ciasta do 10zł, pozbawiając mnie części klientów, a co więcej zniechęci potencjalnych nowych piekarzy do otwarcia biznesu – bez dopłat nie upieką ciasta tak tanio.

Tymczasem Ty wolałeś czekoladowe ciasto, wiesz, że przyniosło by Ci więcej satysfakcji, a jednak kupujesz szarlotkę, bo jest tańsza. Racjonalność sytuacji została zmieniona. I choć możesz myśleć, że to głupi, dziecinny przykład, chcę aby to była prosta metafora, która pomoże Ci zrozumieć co dzieje się wokół nas na co dzień. Nie jest to w końcu nic innego jak np. Wspólna Polityka Rolna Unii Europejskiej. Dopłaty dla rolników pozwalają ustalać ceny plonów na sztucznym poziomie, tak że krajom trzeciego świata zwyczajnie nie opłaca się eksportować do Unii swoich zbiorów, często lepszej jakości. Do tego tematu jednak wrócimy później.

Jak więc mówiłam, wolność to słowo klucz. Czy to polityczna, czy to gospodarcza, prowadzi  do najpełniejszego wykorzystania potencjału każdego człowieka. Niesie też ryzyko – to czy odniesiesz sukces zależy tylko od tego na ile będziesz wierzył w poprawność swoich decyzji i dążył do ciągłego doskonalenia swoich możliwości.

Brzmi świetnie, ale zbyt idealnie, co? A jednak, szukasz pewnie alternatywy dla obecnego podziału na PO i PiS, narzekasz na decyzje ludzi, z którymi się nie zgadzasz, a którzy ograniczają Twoją swobodę działania.

Alternatywa istnieje – o tym właśnie będzie ten blog.